środa, 28 stycznia 2015

Rozdział 12

5 komentarzy:

Hope

Po niecałej godzinie stania w korku wreszcie udało nam się wrócić do domu. Podjechaliśmy na podjazd, a w między czasie wszyscy już odpięli pasy. Chcąc szybko opuścić samochód, zrobiłam gwałtowny ruch przez co poczułam niemiłosierny ból. Syknęłam zaciskając oczy i przycisnęłam chorą rękę do brzucha. Wzięłam głęboki wdech i zaczynałam równać oddech. Nie zaprzeczę: bolało jak cholera, choć po chwili ból znikł, i mogłam spokojnie, wolno i bezpiecznie wysiąść z auta. Tak też zrobiłam i znów powtórzyłam ten zły ruch: chcąc trzasnąć drzwiami ruszyłam energicznie ręką zapominając o tym, że nie mogę. Przygryzłam dolną wargę starając się zatuszować kolejną dawkę bólu jaki sobie właśnie sprawiłam.
Po chwili byliśmy już w domu, a ja, wykończona - tym wszystkim co się ostatnio działo - padłam na kanapę wzdychając ciężko. Leżąc tak na plecach widziałam kątem oka telewizor, jednak cała moja uwaga skupiła się na białym gipsie u prawej ręki. Byłam przybita, a zarazem wściekła na wszystko, na rodziców, na lekarza, na cały świat, na ten feralny dzień, na ten trening, na Caroline... I na Harry'ego, który jest pieprzonym tchórzem by wyznać Izzy to co do niej czuje!
Walnęłam kilkakrotnie głową w poduszkę mając zamknięte oczy. Wszystko jest zbyt skomplikowane.
- Dlaczego życie nie jest prostsze?! - wybuchłam przykładając sobie poduszkę do twarzy. I tak nikt tego nie słyszał, jak zwykle. Nikt nigdy nie widzi kiedy potrzebuję pomocy, wsparcia, cokolwiek. Nic, po prostu nic. Jęknęłam żałośnie strącając gdzieś poduszkę po czym się rozejrzałam. Nikogo nie ma w pokoju, jak zwykle. Przekręciłam się na bok.
- Dlaczego nic nie może być prostsze.. - załkałam cicho chowając głowę w poduszkę. Nie wiedząc nawet kiedy zasnęłam, pewnie z przemęczenia. Obudziła mnie dopiero moja matka, szturchając mną lekko by mnie prawdopodobnie przebudzić.
- Hope, słonko, wstawaj.. - zaczęła. Niemrawie otworzyłam oczy by przyzwyczaić je do obecnego, porannego światła i się rozejrzałam leniwie. Izzy nigdzie nie było, taty też. - Śniadanie masz uszykowane w kuchni.  - dodała, a ja spojrzałam na nią pytającym i niepewnym wzrokiem. - Ze szkoły jesteś chwilowo zwolniona. - odpowiedziała jakby czytała mi w myślach i pocałowała mnie przelotnie w czoło. - A, i jeszcze jedno: niedługo wpadnie do ciebie Callum. - dodała gdy zapinała płaszcz do końca. - Pa kochanie. - dodała na końcu po czym usłyszałam tylko zamykanie drzwi. Nawet nie mogłam jakoś zareagować, wszystko działo się tak szybko. Dosypaliście mi czegoś w tym szpitalu, że reaguje tak wolno?! Patrzyłam z uchyloną szczęką w stronę drzwi gdzie jeszcze kilka sekund temu była nasza matka. Otrzepałam się i wstałam, wolno kierując się w stronę kuchni. Usiadłam na blacie i patrzyłam na miskę zapełnioną płatkami kukurydzianymi. Westchnęłam znużona i przesunęłam miskę jak najdalej czując, że zwymiotuję jak zjem jej zawartość. Apetyt gdzieś przepadł, a głodu nie czuć, czyli mogę żyć. Właśnie chciałam zeskoczyć z blatu gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. To pewnie Callum.
Zeskoczyłam wolno z owego blatu i równie wolno, szurając przy tym butami podeszłam do drzwi. Otwierając je, od razu przywitały mnie wesołe, szare tęczówki ciemnego blondyna.
- Hopey! - przywitał się radośnie, szczerząc się i pokazując białe uzębienie. Kąciki moich ust się lekko podniosły tworząc nieco wymuszony uśmiech. Nie miałam z czego się cieszyć.
- Callum. - odpowiedziałam wywracając oczami, niby nic, ale jednak ucieszyłam się co było słychać po moim głosie. Chłopak udał urażonego moją reakcję i równie przewrócił oczami, po czym niespodziewanie mnie przytulił; oczywiście uważając wcześniej na moją złamaną rękę. W mig poczułam się lepiej. Idealne lekarstwo na smutek = przytulenie. Gdyby wszyscy na świecie zaczęli się tulić to cała złość i inne negatywne emocje by zniknęły! 
Trzeba nad tym pomyśleć.
Zachichotałam pod wpływem jego siły, nieświadomie też w pewnym momencie położyłam głowę przy jego ramieniu mając zamknięte oczy i uśmiech pod nosem. Mrr, milutko. W pewnym momencie oboje się zaśmialiśmy i odkleiliśmy od siebie. Skinęłam głową w stronę salonu, i po chwili tam się znaleźliśmy.
- Więc.. Co tam? - zaczęłam nie mają pomysłu na temat do rozmowy, szurając lekko butami podeszłam do framugi od kuchni, gdy w tym czasie chłopak usadowił się wygodnie na kanapie.
- Raczej dobrze.. A u ciebie? - zmarszczył lekko brwi nieco rozbawiony. Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi i udałam się do kuchni. - Lepiej się już czujesz?
- Nie jest źle, choć mogłoby być lepiej. - mruknęłam niezbyt zadowolona gdy spojrzałam na gips. Pokręciłam głową nie dowierzając. - Chcesz coś? Do picia? - dodałam po chwili. Stałam na palcach chcąc dosięgnąć dwa kubki z górnej półki. Ale jak to na pechowca <czyt. mnie> przystało - przypadkowo strąciłam jeden z kubków, ponieważ nie chwyciłam zbyt dobrze owego szklanego naczynia, a skutkiem tego było, że się rozbił na podłodze i wywołał mały huk.
- Hope! Jesteś cała?.. - w kuchni od razu pojawił się Callum.
- Tak, jeszcze żyję. - uśmiechnęłam się złośliwie po czym westchnęłam i kucnęłam chcąc zgarnąć resztki szkła.
- Zostaw, ja to zrobię. - szarooki chłopak poszedł w moje ślady i również kucnął, obok mnie. Wywróciłam oczami ironicznie.
- Nie jestem jeszcze kaleką.. Podkreślając 'jeszcze' - mruknęłam wstając. - Naprawdę, mogę sama to zrobić!
Underwood się zaśmiał cicho i spojrzał na mnie uroczo.
- Pamiętasz jeszcze co ci mówił lekarz? Masz się oszczędzać. - odpowiedział łagodnie gdy wrzucił resztki szkła do kosza. Wstał i oparł się jedną ręką o blat. - Więc po to tu jestem, Hopey. - uśmiechnął się i poczochrał dłonią mi włosy, a moje poranne uczesanie szlag trafił.
- Będziesz mi jeszcze płacić za fryzjera jak tak dalej będziesz mi niszczyć fryzurę. - fuknęłam udając urażoną. Zaśmiał się cicho, a ja poszłam w jego ślady.
- Dobrze już dobrze, chcesz coś? - wskazał na blat, po chwili - w przeciwieństwie do mnie - bez problemu sięgnął dwa kubki w kolorze czerwonym.
- Staromodnie, może kakao? - zachichotałam i stając przy blacie - zaraz po jego lewej stronie - podałam mu pojemniczek wypełniony do połowy czekoladowym niebem w proszkowej formie. Chichotałam cicho, podając mu mleko z lodówki. Właśnie chciałam zalać mlekiem nasze kakao, ale najpierw oczywiście musiałam podeżreć trochę suchego kakaa, ale Callum zdzielił mnie lekko szmatką po zdrowej ręce.
- Za co?! - fuknęłam patrząc na niego urażonym wzrokiem.
- Won do salonu, pożeraczu kakaa. - przewróciłam oczami. Chciałam teraz wrócić do poprzedniej planowanej czynności, czyli zalaniem mlekiem kakaa, ale znów chłopak mi przeszkodził. - Won mi stąd. - zaśmiał się cicho na co go dźgnęłam w bok.
- Ale to nie jest męcz... - zaprotestowałam. Człowieku, zaraz powiesz że oddychanie jest zbyt ciężkie!
- Nie ma. Do salonu, już. - ponaglił mnie, na co tylko mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem. Zachichotał, a ja wywracając oczami ułożyłam się wygodnie na kanapie, zajmując oczywiście całą wolną przestrzeń. Callum wziął ostrożnie oba kubki i również pojawił się w salonie. Położył gorące kakaa na stole i odchrząknął patrząc na mnie.
- Czego? - uśmiechnęłam się złośliwie, zatrzepotałam rzęsami przy tym.
- Przesuń swoje prześliczne cztery litery, bo całą kanapę zajmujesz. - posunęłam się się prędzej wytykając język na niego, a on sam usiadł na wolnym miejscu. Oparł się plecami o kanapę, tak też poszłam w jego ślady, jednak z tą różnicą że oparłam głowę na jego ramieniu. W między czasie upiłam łyk gorącego napoju, jednak po chwili cichy chichot Calluma mnie sprowadził na ziemie.
- Z czego tak rżysz? - uniosłam wyżej jedną brew przyglądając mu się zdezorientowana.
- Masz wąsa od piany.. - odpowiedział i starł kciukiem piany z moich ust. Zaczerwieniłam się lekko i spuściłam nieco głowę. W tym samym momencie kiedy chciałam coś powiedzieć usłyszałam dzwonek do drzwi oraz dość ciche pukanie. Zdezorientowana spojrzałam na Calluma, ten uniósł ręce ku górze w geście obronnym. Podniosłam się z kanapy i podeszłam do drzwi, nawet nie patrząc na wizjer. Otworzyłam drzwi i... Kogo ujrzałam?
- Hej Hope. - uśmiechnął się blado, a jego irlandzki akcent obił mi się o uszy. Uśmiechnęłam się szerzej na jego widok, ale co on tu robił? Powinien być na zajęciach i..
- Cześć Niall. - odpowiedziałam, gestem ręki pokazałam by wszedł do środka jak też później zrobił. - Co tutaj robisz? - zapytałam przyglądając mu się uważnie.
- Nie było cię w szkole i ch-chciałem.. - spuścił głowę nieco głowę gdy zaczął się jąkać. Na moje policzki wtargnął róż, również spuszczając lekko głowę. Callum ni stąd ni zowąd pojawił się za nami i uśmiechając się pod nosem skrzyżował ręce na torsie, opierał się plecami o pobliską ścianę. - Hope, dasz się zaprosić na spacer? - zaczął od nowa, uśmiechnął się nieśmiało gdy podniósł paczadła na moje paczadła. Zatkało mnie. Czy to właśnie nie na to, czekałam przez dobre pół roku?
- Emm.. - zaczęłam, zgubiłam się we własnej wypowiedzi, w środku cała dygotałam a na zewnątrz.. Uśmiechałam się głupkawo. Callum jakby czytał mi w myślach i wręcz popchnął mnie na Horana, na co ten posłał mu ucieszone spojrzenie.
- Ma wrócić za godzinę. - mruknął szarooki puszczając nam oczko. Niall uśmiechnął się pod nosem jako odpowiedź, a ja przewróciłam oczami.

~*~
Byliśmy z Niallem w pobliskiej kawiarence, śmialiśmy się cały czas, przez co zupełnie zapomniałam o.. no właśnie, gipsie. Nie zapomnę o tym chyba nigdy. Dlaczego?
Kiedy przyszło nam dane zamówić cokolwiek, przypadkowo otarliśmy się dłońmi, i tak jakoś popatrzyliśmy sobie w oczy uśmiechając się nieśmiało; jednak tą piękną atmosferę zepsuła kelnerka i zabraliśmy dłonie od siebie. To było miłe. Westchnęłam smętnie patrząc na złamaną rękę gdy właśnie Horan odprowadzał mnie do domu. Głowę miałam jak zwykle w chmurach.
- To tu. - zachichotał chłopak i skinął głową w stronę mojego domu. Uśmiechnęłam się smutno i pożegnałam się z Irlandczykiem. Wchodząc do domu, od razu napotkałam na swojej drodze uradowany wzrok i uśmiech Calluma. Pomógł mi zdjąć kurtkę i zaproponował zrobienie herbaty. Skinęłam lekko głową, więc poszedł do kuchni, a ja? Przechodząc przez korytarz zatrzymałam się przed lustrem, oglądając się dokładnie wzdłuż i wszerz. Uśmiechnęłam się blado do swojego odbicia i z krótkim westchnieniem udałam się do salonu. Na szczęście zawsze jest jakieś 'ale', tak też i teraz było. Przechodząc z korytarza do salonu zobaczyłam przez okno Izzy i.. Harry'ego. Uniosłam wyżej jedną brew, a to co zobaczyłam później o mało co nie zwaliło mnie z nóg!
Pisnęłam uradowana, niczym dziecko które dostanie upragnionego lizaka. To się naprawdę dzieje?


Izzy



Gdy wróciliśmy z Callumem, Hope spała. Kiedy jedliśmy obiad - Hope spała. Przy kolacji sytuacja się powtórzyła. Razem z Underwood'em nie wiedzieliśmy zbytnio o co chodzi.
- Dosypaliście jej coś do picia? - Nie mogłam się powstrzymać. Mama się udławiła, a oczy taty zrobiły się wielkie jak monety. - No co? Hope cały czas śpi. Nie ogarniam...
- Izzy... - zaczął pomału tata - Hope jest zmęczona, sporo dzisiaj przeszła. Jej marzenia się przekreśliły. Także widzisz, córciu, nie jest w najlepszym stanie. - westchnęłam ciężko, a na usta wtargnął się pokrzepiający uśmiech zrozumienia.
- Jutro może wpadnę do Hope? Żeby nie siedziała sama? - propozycja Calluma omal nie zrzuciła mnie z krzesła. A może Hopey mu się podoba? Ale powiedziałby i o tym...  Rodzice przystali na ofertę mojego przyjaciela, a ja nie skupiałam się już na kolacyjnej pogadance. Po mojej głowie łaziło już postanowienie: Caroline nie żyje! 

Następnego dnia pewnym krokiem przekroczyłam próg szkoły. Gdy wychodziłam z domu Hope jeszcze spała. To musiało być naprawdę dla niej ciężkie, skoro tyle śpi... 
Wzrokiem szukałam tej wstrętnej blond żmii. Obawiałam się jak zareaguję, ale jedno było pewne: Carli mnie popamięta.
Wreszcie zobaczyłam Evans przy jej szafce. Zacisnęłam dłonie w pięści i udałam się w kierunku tej jędzowatej blond-lali.
- Caroline! - warknęłam kiedy dzieliło nas około półtora metra. Dziewczyna niechętnie odwróciła się w moją stronę i oparła dłonie na biodrach.
- Czego chcesz, kurduplowaty dziwaku? - O nie... teraz sobie przegrabiłaś... Mój wzrost to moja sprawa!
Zabiję Cię suko! - to co się dalej stało było totalnym impulsem. Krótko mówiąc chwyciłam Caroline za te jej blond kudły i zaczęłam nią wręcz kręcić w kółko po korytarzu. Carli próbowała się jakoś wyrwać, ale mój uścisk był zbyt silny. Syczała, kiedy wyrywałam jej kolejne pęczki włosów. Moich złapać nie mogła bo starannie spięłam je w wysoką pytkę. Szczerze? Miałam wyjebane na to co powiedzą rodzice lub nauczyciele.
Wokół mnie i Caroline zebrała się niezła gromada uczniów. Kątem oka dostrzegłam Harry'ego, Louisa, Liama i Eleanor. Trójki nie znałam tak osobiście, ale jeśli są tacy jak Caroline to nie spieszy mi się do nowych znajomości. Ale ich miny były obłędne!
- Panno Anderson! - podbiegł do mnie nauczyciel biologii i siła zaczął rozdzielać mnie i Evans. Tak się szarpałam, że aż biedny pan Rowlens musiał mnie podnieść i zawlec do osobnej sali. - Co to miało znaczyć, Isabello?! - fuknął gdy tylko trochę ochłonęłam. - Takie zachowanie jest niedopuszczalne!
- Zasłużyła s..
- Milcz! Nie ujdzie Ci to na sucho. Dzisiaj dostajesz kozę, dwugodzinną. - otworzyłam z oburzenia usta, lecz po chwili je zamknęłam. Okey. Zagalopowałam się. - Teraz na lekcję. - wstałam i już miałam wyjść kiedy nauczyciel znów mnie zatrzymał w drzwiach. - Ma się to więcej nie powtórzyć. - skinęłam tylko głową i wyszłam. Tsaaa.. jeszcze jej dołożę! Jak nie teraz to kiedy indziej. Niekoniecznie w szkole...

No i musiałam iść do tej kozy... Ja to mam zajebiste życie po prostu... westchnęłam i weszłam do sali. O cholera! Co tu robi Styles?! Już wyobrażam sobie moją minę bo kiedy Loczek mnie zauważył zaczął się śmiać. Przewróciłam oczami i podeszłam do nauczyciela się zameldować. Potem nastała trudna chwila: usiąść z Harry'm czy z jakimś metalowcem z tłustymi włosami i na niezłej fazie. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do ławki znajomego mi zielonookiego.
- Wolne? - wskazałam palcem na krzesło.
- Ależ oczywiście, Izzy. Czekało na Ciebie. - Hazz poklepał dłonią siedzisko, a tylko uniosłam brew. Kolejny raz westchnęłam i zajęłam miejsce obok kędzierzawego.
- Za co siedzisz? - spytałam z ciekawością w głosie.
- Takie tam grzeszki. - podrapał się po karku.Wcześniej kupiłam sobie orzeszki ziemne więc nie byłam skazana na siedzenie głodna. Wyjęłam opakowanie i zaczęłam rozgniatać w palcach łupinki kolejnego orzeszka. - A mnie nie poczęstujesz? - Harry szczypnął mnie w biodro.
- Nie. - wzruszyłam ramionami.
- Izzy... - spojrzałam na chłopaka. Uśmiechał się jak psychopata, który chce mnie zgwałcić.
- Na co ta Caroline poleciała? - westchnęłam i przegryzłam orzecha. Ten człowiek był serio porąbany.
- Na to, na co Ty polecisz. - uniosłam w jego stronę brew. Że what the fuck?! - Przyznaj, że Ci się podobam. - orzeszek utknął mi w gardle i zaczęłam się dławić. Styles poklepał mnie po plecach.
- Wszystko w porządku, Anderson? - nauczyciel uniósł głowę. Kciukiem wskazałam, że jest okey i zacisnęłam oczy żeby trochę dojść do siebie.
- No widzisz? - ten triumf w głosie kędzierzawego był niezwykle irytujący.

Po jakiś 15 minutach wpyliłam wszystkie orzeszki i została mi pusta torebka. Z rozżaleniem spojrzałam na mój nienasycony brzuch. Nie chciało mi się wyrzucać skorupek do kosza dlatego zgarnęłam je na podłogę.
- Mam nadzieję, że to pozbierasz, Anderson. - Ten facet ma serio dobry wzrok. 
Schyliłam się pod ławkę i zaczęłam zbierać chwilę wcześniej zrzucone śmieci. Kilka skorupek leżało też pod nogami Harolda, dlatego sięgnęłam ręką i tam.
- Jak już tam jesteś, Izzy, to możesz wyświadczyć mi przysługę za orzeszka. - Harry przejechał dłonią po moich włosach. Szybko się podniosłam i zmierzyłam Styles'a najzimniejszym wzrokiem na jaki było mnie wtedy stać.
- Nie pozwalaj sobie. - burknęłam i poszłam w stronę kosza.

Zostało mi jakieś 10 minut odsiadki dlatego wyjęłam telefon i łącząc się z Wi-Fi, odwiedziłam społecznościówki. Hazz cały czas obserwował co robię. Troszkę mnie to irytowało, ale nie mogłam się do niego odezwać. Po chwili sam wyjął telefon i, podobnie jak ja, oparł łokcie na ławce jeżdżąc palcem po ekranie. Nie mogłam się powstrzymać i spojrzałam na jego telefon. Aż otworzyłam usta. Chłopak najwyraźniej zauważył to i uśmiechnął się do mnie.
- Jest różnica, nie? - pomachał mi przed oczami najnowszym iPhone'm.
- Weź, ja mam jakiegoś cholernego szajsunga*! - jęknęłam i oparłam się na krześle.
- To niech Ci starzy zafundują taką zabawę. - Harry puścił mi oczko.
- Rodzice mi nigdy takiego nie kupią. Stwierdzili, że skoro ten działa to niepotrzebny mi nowy.
- Mogę sprawić, że nie będzie działał. - otworzyłam szerzej oczy. - Chcesz? - kiwnęłam szybko głową. - To dawaj tego Twojego sprzęta i jakiś długopis. - zrobiłam jak prosił. Chłopak przez kilka minut kombinował coś z tyłu telefonu. - Proszę. W żadnym serwisie Ci tego nie naprawią. Sprawdzałem. - oddał mi telefon. Przejechałam palcem po ekranie, aby odblokować komórkę, lecz ten nie zadziałał.
- Dzięki! Jesteś kochany... - w ostatniej chwili powstrzymałam się żeby go nie przytulić. - Ile za to chcesz?
- Z trzy. - Harry założył ręce za kark i zaczął huśtać się na krześle.
- Funty? Super, dzięki, akurat tyle mam. - zaczęłam szperać po kieszeniach. Loczek zaczął się śmiać co troszkę mnie zdziwiło.
- Zwariowałaś? Trzy razy. - wywróciłam oczami.
- Jesteś naprawdę popierdolony...- pokręciłam głową.

- Uważaj!- Harry zagrodził mi ręką drogę. W zamyśleniu wlazłabym pod samochód. Tak, Harry odprowadzał mnie do domu. W sumie byłam mu za to wdzięczna. Było ciemniej niż zawsze jak wychodziłam, więc trochę się bałam.
- Wybacz zamyśliłam się. - przejechałam dłońmi po ramionach. Nie dość, że było ciemno to jeszcze byłam cała zmarznięta.
- Chodź tu. - Hazz otoczył mnie ramieniem przez co zrobiło mi się odrobinę cieplej. To miłe z jego strony, ale muszę przyznać, że wyglądało to trochę zabawnie bo prawie że wchodziłam mu pod pachę.
- Tutaj mieszkam. - zatrzymaliśmy się pod moim domem. W gruncie rzeczy po drodze nie rozmawialiśmy ze sobą. To nawet lepiej, czasem nie miałam ochoty się z nim kłócić, a każda nasza rozmowa niemalże tak się kończyła. - Dzięki. I za telefon, i za odprowadzenie. - uśmiechnęłam się blado i zaczęłam się bawić palcami.
- Nie ma sprawy. - kąciki ust Harry'ego również powędrowały ku górze. - Nie jesteś taka złośliwa jak myślałem, Izzy. - nie wiedziałam, czy ma mnie to podbudować czy obrazić.
- Ty też jesteś w porządku. Tylko te Twoje pociągi seksualne... - oboje zaczęliśmy się śmiać.
- Dobra. Zbieram się. Pa, Izzy. - Hazz pocałował mnie w policzek i odszedł. Przez chwilę stałam w totalnym osłupieniu. Odwróci się czy nie? Ha! Odwrócił się. Uśmiechnęłam się i pomachałam do niego.
- Pa...

*szajsung - potoczna nazwa pewnej firmy; wymyślona przez moją przyjaciółkę :D

~ Zostaw po sobie komentarz jeżeli oczekujesz na następny rozdział :) ~
2 komentarze = praca nad następnym rozdziałem
___________________________________

W: jak wam się podobał rozdział? Mi osobiście bardzo ;) nie będę się rozpisywać. Jesteście ciekawi, co dalej?xdd 
P: Hey ho, rozdział już jest! Co prawda spóźniony o jeden dzień, ale.. Ale przynajmniej jest.
Omfg wreszcie się doczekałam Hasella /Hizzy moments! *-* Są tacy lfgkghhkj. :D
A rozdział? Podoba się? No ja mam taką nadzieję! Czekamy na wasze komentarze. 
Ps. Na każde LBA odpowiemy niebawem, dziękujemy za nominację! :D *hug*

Kogo jak dotąd shippujecie? Macie jakąś upatrzoną parkę? :3

Haroline              - Harry & Carli
Hasella/Hizzy       - Harry & Izzy
Niopey                - Niall & Hope
Nizzy                  - Niall & Izzy
Zayzy                  - Zayn & Izzy
Horrey                 - Harry & Hope
Cazzy                  - Callum & Izzy
Cape                    - Callum & Hope
Zaype                  - Zayn & Hope
Louzzy                - Louis & Izzy
*Niektóre z tych "parek" nie miały jeszcze swoich momentów w tym ff.

sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 11

4 komentarze:

Hope

Ostatnie co pamiętam to przeszywający ból, stłumiony głos Izzy jakby za mgłą i... Ciemność. No właśnie, ciemność. Co się tak w ogóle stało? Gdzie ja jestem?!
Otworzyłam delikatnie oczy, czym szybko pożałowałam, ponieważ oślepiła mnie duża ilość światła i biała barwa pokoju. Zaciskając oczy, mruknęłam coś pod nosem niezrozumiałego. Chciałam przetrzeć oczy i przyzwyczaić je do panującego światła, tymczasem gdy podniosłam lekko rękę znów poczułam ból. Zdezorientowana otworzyłam oczy, a mój wzrok powędrował do lewej ręki, na której pojawił się równie oczojebny biały gips. What the hell? Usiadłam wolno, dalej patrząc niezrozumiale na gips, a każdy ruch ręki jaki starałam się wykonać - kończył się bólem i moim syknięciem. Świetnie. Mam prawdopodobnie złamaną rękę i.. Wtedy do mnie dotarło, że przecież ktoś, a raczej Caroline, mnie podkosiła na boisku. Odsunęłam kołdrę, by przyjrzeć się nodze, ale jak się również okazało.. Mam bandaż na prawej łydce. Jęknęłam żałośnie i opadłam plecami na łóżko. Świetnie, po prostu świetnie. Westchnęłam głęboko i zamykając oczy pokręciłam niedowierzanie głową. Chwila.. Gdzie ktokolwiek z mojej rodziny?! Podniosłam się gwałtownie przez co przypadkowo ruszyłam ręką; syknęłam patrząc wrogo na biały gips. Jak na zawołanie ktoś wszedł do sali. Mówiąc ktoś, mam na myśli lekarz, a za nim...
- Hope! - pisnęła przeraźliwie moja siostra tuląc mnie na tyle mocno, że przez chwilę nie mogłam zabrać wystarczającej ilości tlenu. Popukałam ją lekko po plecach. - Nic ci nie jest?! Jak się czujesz? Wszystko okey? Hope odpowiedz cokolwiek! - blondynka zasypała mnie najróżniejszymi pytaniami zmartwiona gdy mnie puściła. Usiadła na krańcu łóżka i patrzyła mi troskliwie w oczy.
- Izzy? - powiedziałam cicho, nie przetwarzałam teraz za dobrze informacji. Byłam obolała, a w dodatku ta ręka i...
- Panno Anderson, pani siostra potrzebuje teraz chwili spokoju. - mruknął nauczyciel i uśmiechnął się lekko sugerując mojej siostrze, by na chwilę mnie zostawiła. Westchnęła i przejeżdżając swoją dłonią po moim bladym policzku wyszła szurając butami i znikła za drzwiami. A zamiast niej pojawili się koło mnie nasi rodzice. Ojciec stał koło doktorka, a matka usidła na krzesełku obok.
- Co się stało, prędzej, że ja..? - wreszcie wydusiłam coś z siebie patrząc na gips, to na doktora lub rodziców szukając odpowiedzi.
- Zemdlałaś na skutek dość bolesnego urazu lewej ręki, a w połączeniu z lekkim urazem kości piszczelowej dało to tylko większy efekt. - westchnął gość w białym kitlu, a rodzice jedynie potwierdzili to lekkim skinięciem głowy.
- Panie doktorze, ile nasza Hope będzie musiała mieć te opatrunki? - zapytała moja matka, a ja popatrzyłam na nią, jednak mój wzrok szybko znów powędrował do gipsu i nogi. Usiadłam na krańcu łóżka patrząc tępo w podłogę.
- Bandaż z jakiś tydzień, może półtorej gdyby jeszcze bolało, a gips.. z jakieś.. - zaczął szukać w swoim notatniku. A ja spojrzałam na niego wyczekująco. No heloł, od tego zależy mój mecz! - z jakieś... cześć tygodni, no, ewentualnie pięć jak zobaczymy, że kość się dobrze zrosła. - uśmiechnął się blado do nas, a widząc moją koszulkę piłkarską dodał: - na jakiś czas musisz zrobić sobie przerwę od gry, przykro mi.
Poczułam jak robi mi się słabo. Odpuścić piłkę?! Co to to nie.
- M-mogę się przejść?.. - zapytałam smętnie, choć z małą nadzieją. Muszę się przewietrzyć inaczej tu padnę, znowu. Spojrzałam na lekarza robiąc smutną minkę, na co ten tylko westchnął.
- Idź, ale się nie przemęczaj. - dodał i podał mi dwie kule. - Ale masz używać tego. - dodał jeszcze, na co posłałam mu mordercze spojrzenie i parsknęłam w odpowiedzi. Po moim trupie, koleś. Wyszłam z sali czym prędzej, starając się nie kuleć i rozejrzałam się w poszukiwaniu siostry. W tym dziwne, że jej nie ma na korytarzu. Postanowiłam wyjść na zewnątrz. Temperatura była naprawdę idealna, było naprawdę cieplutko, a szpital był otoczony małym parkiem z dużą zieleni. Wzięłam głęboki wdech czując świeże powietrze, a nie powietrze z dużą ilością środków do dezynfekcji i innymi takimi. Znów się rozejrzałam. Pusto, pusto w sensie, że brak Izzy i cicho. To dziwne. Zmarszczyłam brwi i już chciałam ponownie wrócić do środka, gdy do moich uszów dotarł zachrypnięty, męski głos i.. wściekłe wydarcie się Izzy. Zdziwiona wychyliłam się lekko zza ściany i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Moja siostra wyglądała na lekko zdenerwowaną i roztrzęsiona - to chyba ma związek ze mną, ale shhh - a obok niej stał kto? Harry. Harry, który ją najwyraźniej pocieszał i.. Zakryłam usta zdrową dłonią. Chłopak położył swoją dłoń na ramieniu blondynki, wyglądał na zdenerwowanego, ale w taki specyficzny sposób, w taki sposób gdy chłopak..
- Jest zakochany.. - dokończyłam cicho. Uśmiechnęłam się i cieszyłam się w głębi duszy. Przecież oni do siebie pasują.. A ona.. Teraz właśnie go odpycha i drze się na niego. Taak, ma troszeczkę trudny charakter, ale jej przejdzie. Wróciłam jednak myślami do naszych Haselle, niestety, zdążyłam tylko usłyszeć końcówkę. Styles chciał ją przytulić, ale nie zrobił tego, ponieważ się powstrzymał, na szczeście nie uszło to mojej uwadze.
- Zostaw mnie. - syknęła Izzy, odpychając go i odchodząc gdzieś. Chłopak westchnął smętnie i też już chciał iść kiedy ja znalazłam się obok, a raczej oparłam o ścianę krzyżując ręce i czekając aż mnie zauważy.
- Dlaczego jej tego nie powiesz? - mruknęłam. Uśmiechnęłam się blado patrząc mu w oczy. Tak jak myślałam gdy się odwrócił w moją stronę i mnie zobaczył, wystraszył się lekko i trochę speszył.
- Co niby mam jej powiedzieć? - odmruknął chłodno patrząc gdzieś na bok. Westchnęłam ironicznie.
- Harry, nie udawaj, widać że ci się podoba. - powiedziałam cicho, a kąciki jego ust się wreszcie delikatnie podniosły i spojrzał mi wreszcie w oczy.
- Jesteś niemożliwa Hopey. - zaśmiał się cicho i rozczochrał mi włosy zachowując się niczym starszy brat, na co oboje się znów zaśmialiśmy. Puścił mi oczko i pożegnawszy się poszedł w swoją stronę. Westchnęłam uradowana, i ruszyłam wolnym krokiem do szpitala patrząc na gips, i tak właśnie na kogoś wpadłam. Na kogoś kto ma ten idealny, irlandzki akcent. Chwila.. O Boże.
- Cześć Hope.. - blondyn uśmiechnął się blado. - Jak się czujesz? - dodał po chwili gdy spojrzał mi w oczy. Trochę speszony i zmartwiony.
- H-hej Niall. - wydukałam, zaśmiałam się cicho po chwili. - Chyba nie będę mogła przyjść na trening. - mruknęłam podnosząc lekko złamaną rękę na której miałam gips. Chłopak rozchmurzył się lekko na co wskazywał jego cichy chichot. Momenty później już szliśmy wolnymi krokami do budynku.
- Czujesz się lepiej? - dodał po chwili. Skinęłam lekko głową, i nie patrząc pod nogi, potknęłam się, ale w samą porę złapał mnie Irlandczyk. Odległość między nami była naprawdę mała. Byliśmy tak blisko siebie, i coraz bliżej.. I bliżej... I bliżej.. Dzieliło nad zaledwie kilka centymetrów, po czym odskoczyliśmy od siebie przerażeni gdy usłyszeliśmy za nami chichot Izzy i Calluma. Jak na zawołanie od razu staliśmy na nogach jak gdyby nigdy nic. Oboje zarumienieni spojrzeliśmy w różne strony, trochę speszeni. Po chwili niebieskooki posłał mi przepraszające spojrzenie z bladym uśmiechem i pożegnał się, i tak jak wcześniej Harry - udał się do domu, a ja dołączyłam do przyjaciół. Czas do domu!

Isabella

To, co działo się na treningu jest nie do opisania... Szok. Totalny szok. Hopey, moja biedna Hopey przewróciła się i straciła przytomność. A przez kogo? Przez Carli oczywiście! Nawet Harry, który siedział obok mnie (na co już totalnie nie zwracałam uwagi) nieźle się wkurzył. Ta farbowana blond lala bezczelnie, na oczach wszystkich podłożyła mojej siostrze nogę, przez co ta upadła na zimną trawę. Wśród uczniów jak i nauczycieli wybuchło niemałe zamieszanie. Zbiegłam szybko z trybun i pognałam w stronę poszkodowanej Hope. Dziewczyna leżała nie przytomna, a trener wzywał karetkę. 
- Coś Ty jej zrobiła?! - rzuciłam się z pazurami na Caroline. Ta nic sobie jednak z tego nie robiła. Była wręcz z siebie dumna, co jeszcze bardziej mnie irytowało. - Ty zawistna zdziro!
- Zostaw ją. Nie warto. - Harry złapał mnie za łokcie i przyciągnął mnie do siebie. Odwróciłam się do niego i spojrzałam mu w oczy. Szczerze? Poczułam się mega dziwnie. W jego szmaragdowych paczadłach było coś... miłego? O ile mogę to tak nazwać. Po 10 sekundach jednak oprzytomniałam i wyrwałam się Styles'owi. 
Karetka dotarła do szkoły w przeciągu może pięciu minut. W tym czasie Hopey nadal była nieprzytomna. Tylko trener z pomocą Nialla ułożyli ją w pozycji bezpiecznej na przyniesionym przeze mnie i Calluma materacu. Przed przyjazdem ratowników, pani Hirgh, dyrektorka, wygoniła wszystkich do klas. Zostałam tylko ja, Niall, trener, biolożka i moja biedna Hope. 
Ratownicy medyczni pozwolili mi jechać karetką i po drodze dali mi leki na uspokojenie bo, prawdę mówiąc, byłam tak roztrzęsiona, że ledwo trzymałam się na nogach. Sama już teraz dobrze nie wiem jak zadzwoniłam do rodziców, aby powiedzieć im co się stało. 
W szpitalu kiwałam się nerwowo na krzesełku.
- Ja ją zabiję... - syknęłam na myśl, przez kogo tu teraz jesteśmy.
- Uspokój się Izzy. - Niall, który również przyjechał do szpitala, tylko swoim samochodem, siedział obok mnie i głaskał mnie dłonią po plecach. - Z Hope wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
- Obyś miał rację. - niewiele myśląc przytuliłam się do Irlandczyka. Ten ścisnął mnie jeszcze mocniej. - N...Niall...dusisz. - zaskoczony chłopak uwolnił mnie z uścisku po czym cicho się zaśmialiśmy. - Ale Caroline i tak zabiję. - puściłam Niallerowi oczko.
Po chwili na korytarzu pojawili się zdezorientowani rodzice. W oczach mamy można było dostrzec zaskoczenie połączone ze strachem, a w taty?  Powaga i przejęcie w jednym. 
- Co się tak właściwie stało? - mama spojrzała na mnie pytająco.
Nie zdążyłam jej jednak odpowiedzieć, bo na horyzoncie pojawił się lekarz i rodzice zniknęli w mgnieniu oka. 
- Teleport czy co? - wymamrotałam niewyraźnie sama do siebie. - Nie... Ja tu nie wysiedzę! - podniosłam się z krzesła i uchyliłam drzwi, którymi jakieś dwie minuty temu wyszedł facet w tym śmiesznym białym "fartuszku". Kitlu. czy jak się to tam zwie... Przemknęłam korytarzem i zajrzałam do sali. 
- Hope! - pisnęłam radośnie, ściskając mocno moją kochaną siostrzyczkę. W życiu bym nie powiedziała, że będę w stanie tak mocno kochać tą szatynkę (po siostrzanemu oczywiście) Nagle poczułam, że Hopey puka mnie dłońmi po plecach. Dobra, bo zaraz ją uduszę! - Nic ci nie jest?! Jak się czujesz? Wszystko okey? Hope odpowiedz cokolwiek! - Oderwałam się od siostry i nie mogłam powstrzymać wszystkich pytań, które mnie dręczyły. W końcu usiadłam na łóżku i spojrzałam na siostrę troskliwie.
- Izzy? - Zrobiłam wielkie oczy. Chyba się jeszcze nie wybudziła za dobrze.
- Panno Anderson, pani siostra potrzebuje teraz chwili spokoju. -Nauczyciel, który sama już nie wiem skąd się wziął w sali, zasugerował mi swoim uśmiechem, abym najlepiej wyszła. Z moich ust wydobyło się nędzne westchnięcie, po czym pogłaskałam jeszcze Hopey po policzku i niemrawym krokiem opuściłam pomieszczenie. W progu minęłam się z rodzicami, którzy na nie nawet nie spojrzeli. Tak, olewajcie mnie kurwa wszyscy... Rozejrzałam się po korytarzu. Nialla, który siedział wcześniej ze mną na krzesłach, już nie było. Wzruszyłam ramionami, po czym poczułam nieposkromioną potrzebę zaczerpnięcia świeżego powietrza. Przed szpitalem było bardzo cicho i niemalże bezludnie. Lubiłam towarzystwo ludzi więc poczułam się nieco dziwnie. Zamknęłam jednak oczy i wychyliłam głowę do tyłu. Łapałam "świeże" powietrze, które i tak pełne było spalin.
- Caroline wylądowała na dywaniku u dyrektorki. - moich uszu dobiegł męski głos.
- No i bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się na myśl, że może wywalą tą żmiję na zbity ryj. Po chwili jednak mój powolny mózg uświadomił mnie, z kim rozmawiam. Otworzyłam szeroko oczy i morderczym wzrokiem spojrzałam na Harry'ego. - Czego tu do cholery chcesz?!
- Uciekłem ze szkoły. Martwię się o Hope.. - myślałam, że szerzej moje oczy już się nie mogą otworzyć, a jednak.
- Ty?! Ty się o nią martwisz?! Pff.. Dobry żart.- parsknęłam. - Tylko szkoda, że mnie nie śmieszy.
- O co Ci chodzi, Izzy? - głos Loczka był spokojny i... miły?
- Lepiej przyznaj się od razu, że chcesz dokończyć dzieło Carli. Otóż ja Ci nie pozwalam! - może i mówiłam pewnie, ale w gruncie rzeczy cała dygotałam. Wiedziałam, że Hope ma złamaną rękę i pewnie teraz siedzi na łóżku, przytulana przez mamę, a tata głaszcze ją po włosach; ale mimo to, bałam się. Bałam się Caroline. Do czego ona może się jeszcze posunąć? 
- Hej, spokojnie. - Hazz położył mi rękę na ramieniu i spojrzał głęboko w oczy... Tak samo jak wtedy na boisku. To było totalnie-mega dziwne. Ogólnie Harry był wtedy taki jakiś dziwny. Stał sztywno i non-stop przygryzał wargę. W pewnym momencie rozłożył ręce, tak jakby chciał kogoś przytulić (w tym wypadku mnie), ale się powstrzymał.
- Zostaw mnie. - powiedziałam chyba trochę zbyt ostro i odeszłam w kierunku parkingu, na którym wypatrzyłam Calluma, który mocował się ze swoim BMX'em.
- Żyje?! Wszystko z nią okey? W jakim jest stanie? Izzy! Obudź się!- potrząsnął mną przez co wyrwałam się z transu. Cały czas miałam przed oczami spojrzenie Harry'ego. Te szmaragdowe tęczówki... Izzy! Do jasnej psia mać anielki! Weźże się ogarnij. To je Harry! Jego nie lubimy! Helloł!
- Ma złamaną rękę i coś z nogą. - wymamrotałam gapiąc się nieobecnym wzrokiem w rower chłopaka.
- No to chodźmy do niej! - Callum posmyrał mnie po karku, gdzie miałam najgorsze łaskotki, zaśmialiśmy się i ruszyliśmy w stronę szpitala. Zauważyłam Hope przed wejściem do szpitala. Towarzyszył jej Niall. Chciałam się zapytać Irlandczyka gdzie się podziewał, ale szybko zniknął pozostawiać Hopey samą. Szatynka zauważył nas i przykuśtykała do nas.
- Nie przemęczaj się, córciu. - rodzice pojawili się momentalnie przy nas. - Możemy jechać do domu.
- Tak? - spojrzałam zaskoczona na tatę. Może i jestem głupia, ale nie na tyle żeby nie wiedzieć, że po wypadkach wymagane są serie badań. Postanowiłam to jednak olać. Jak to ja... - Wrócę z Callumem.
Rodzice tylko się uśmiechnęli i poszli do samochodu. Ja zaś udałam się z moim przyjacielem po rower.
- Cholera, a tyle się namęczyłem żeby go tu przycumować. - chłopak zgarbił się i zaczął odczepiać BMX'a od drążka.
- Pech. - uśmiechnęłam się złośliwie i spojrzałam w przestrzeń.

- Więc powiadasz, że Carli miała opierdol przed całą szkołą...- przejechałam palcem po brodzie, robiąc minę antycznego myśliciela.
- A wiesz jaka była czerwona? Normalnie tak jak Ty na przedstawieniu przedszkolnym, w którym grałaś buraczka.
- Nie przypominaj mi tego... - dźgnęłam ciemnego blondyna palcem w biodro.
- To bolało! - syknął na co tylko się zaśmiałam. - Ej! - chłopak zagrodził mi drogę ręką. - Co za cholera...
Przeniosłam swój wzrok w miejsce, w które gapił się Callum.
- Czy to nie jest Zayn? - spytałam z niedowierzaniem.
- To Twój chłopak. Powinnaś chyba to wiedzieć. - Underwood spojrzał na mnie kpiącym wzrokiem.
- No okey, okey. To Zayn. Ale ta dziewczyna? - przymrużyłam oczy. - Nie wyglądają na odwiecznych przyjaciół.
- Bo nimi nie są. Wiedziałbym coś o tym. - Uniosłam pytająco brew. - Ta blondynka to moja kuzynka, Perrie. Mówiłem Ci.
- Ach... No tak. - pacnęłam się w czoło. - Ale skąd się znają?
- Wtedy, co przyjechałem Zayn mnie odprowadzał, co nie? - kiwnęłam potwierdzająco głową. - No to po drodze prawił mi kazania. Żebym sobie nic nie wyobrażał. Że jesteś jego dziewczyną i bla bla bla. A jak zobaczył u mnie w progu Perrie to normalnie ślinka mu pociekła..
Spojrzałam jeszcze raz na piękną parkę, po czym wyjęłam telefon i zrobiłam im zdjęcie.
- Mam na niego dowody. - uśmiechnęłam się i razem z Callumem ruszyliśmy do domu.


~ Jeżeli czytasz i chcesz następny rozdział to zostaw komentarz :D ~
_______________________________________
P: Nie wiem jak u was, ale to mój ulubiony i najbardziej ekscytujący rozdział. :D Chyba zaczynamy się rozkręcać powoli z naszą historyjką. Aww pojawiły się kolejne słodkie momenty.
A wy. jak oceniacie rozdział?
Co myślicie o Niallu i Hopey? :) Wolicie Nizzy czy Niopey? :D
W: Jejku... chyba najdłuższy rozdział w historii BLTN. P ma rację, rozkręcamy się ;D
Jak wam się podobał rozdział? Dla mnie jest genialny xD
Mam nadzieję, że nadal ciekawią was losy Hopey i Isabelli :) Shippujecie kogoś, jak to zawsze P pyta? xDD
Pozdrowionka xx
P: I'm a Princess! XD

sobota, 10 stycznia 2015

#Urodziny

2 komentarze:
Tu Princess.
Zgadnijcie, kto ma dziś urodziny?

Nasza Vicky!
Wszystkiego Najlepszego Kochana. 

<jeżeli to właśnie czytasz to mnie nie zabij>

Czego jej życzymy?
Wszystkiego co najlepsze!
Spełnienia marzeń, mnóstwo szczęścia i radości, mało kłopotów, dużo weny, masę przyjaciół, dużo dobrych ocen, spotkania idoli, mnóstwa: pieniędzy, szmalu, kasy, forsy, zielonych banknotów, hajsu, oraz no.. Wszystko co najlepsze i się pod tym podpisuję. :3

i by została taką Vicky jaką jest. 
Starzejesz się nam. :D
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego siooostro. 

Princess. x

piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 10

3 komentarze:

Isabella


- Leyla, złaź! - zepchnęłam siłą psa z łóżka. Ta biała kulka była bardzo fajnym psiakiem, ale też straszną przylepą. 
Kiedy wygramoliłam się z cieplutkiej pościeli moje skąpo ubrane ciało ogarnął nieprzyjemny zimny dreszcz. Był już październik więc w sumie co się dziwiłam. Krótkie spodenki i bokserka to nie najlepsza piżama.
- Izzy! Izzy! Rusz się szybko! - no tak... Hope i jej wielki dzień. W sumie nie wiem z czym taki wielki skoro to tylko trening... Zawody miały się odbyć dopiero następnego dnia.
- Spokojnie Hopey, dzisiaj jest tylko trening! Przeżyjesz. - w sumie mogłam sobie tak mówić. Moja siostra miała tak zaaferowaną głowę tym treningiem, że choćbym nie wiem co mówiła to i tak ona to oleje.
Ubrałam się w coś ciepłego i zaspanym krokiem ruszyłam na dół. Mama krzątała się po kuchni, a na jej twarzy, podobnie jak na twarzy Hope, malował się wyraz podekscytowania.
- Dzień dobry wszystkim. - pomachałam lekko w stronę domowników, a w odpowiedzi uzyskałam tylko złowieszcze "O! Jesteś wreszcie". - Callum wpadnie dzisiaj po nas?
- Dzisiaj chyba nie da rady. - westchnęła bez przekonania szatynka siedząca przy stole. Wzruszyłam bezwiednie ramionami i zajęłam miejsce obok niej. Po chwili mama postawiła przed nami kanapki z serem. Z serem? Really?! Gorszy shit niż mamy w szkole.... Jęknęłam przeciągle i chwyciłam jedną kromkę. W przeciwieństwie do mnie Hopey była jak Dziecko Słońca normalnie... Zajadała te kanapki jakby była najdoskonalszą potrawą na świecie. Patrząc na nią, tylko przewracałam oczami.
- Zbierajcie się dziewczyny. Szybko! Hope, jesteś gotowa? - mama chyba dostała okresu bo raz warczała, a za chwilę miała głos potulny jak baranek.
- Tak... chyba tak. - na twarzy mojej siostry pojawił się cień wątpliwości.
- Na górę i sprawdzić! - wzdrygnęłam się na krześle. Szybko skończyłam kanapkę i podążyłam za Hope,
Dziewczyna przeglądała z aptekarską dokładnością każdy zakamarek swojej torby. Znów przewróciłam oczami i usiadłam na łóżku.
- Denerwujesz się?
- I to jeszcze jak. - siostra spojrzała na mnie radosnym wzrokiem.- Ale wiesz... Warto! Dziękuję Ci Izzy. - wstałam aby przytulić szatynkę.
- Wystarczy tych czułości. Dziewczyny! Zbieramy się. - tata pomachał nam kluczykami od auta.
- Idziemy! - zawołałyśmy równocześnie i obie parsknęłyśmy śmiechem.

Droga do szkoły minęła nam w ciszy. Od czasu do czasu tata zarzucał jakiś temat, ale otrzymując od nas tylko nędzne monosylaby, zrezygnował.
- Jesteśmy! - zakomunikował z wyraźną ulgą kiedy pojazd zatrzymał się przed budynkiem liceum. - Powodzenia dziewczynki!
- Pa tato! - znów powiedziałyśmy jednocześnie. Westchnęłam ciężko i smętnym krokiem ruszyłam do szkoły bo piździło niemożliwie. To kurwa jest jesień czy środek zimy na Syberii?! 
- Czemu Bóg pokarał to liceum taką sierotą, jak Ty? - w tym znienawidzonym już do granic możliwości głosie, wyczułam ironię. Przewróciłam oczami i spojrzałam w rozwścieczone paczadła Carli.
- O! Caroline! Ja również nie posiadam się z radości, że Cię widzę! - wykrzywiłam usta w fałszywym uśmiechu. Dziewczyna właśnie świdrowała w moim czole niewidzialną dziurę, podczas gdy ja szukałam na nią haka. - O mój Boże! - złapałam się za głowę.
 - Czego? -  jej wzrok był niewzruszony.
- Te ciemne odrosty! One chyba nie miały być specjalnie, mam rację? - Carli wytrzeszczyła na mnie oczy po czym spojrzała po swoich "wiernych pieskach", które przytaknęły tylko głowami. Tleniona blondi pisnęła żałośnie i pobiegła z kumpelami w stronę łazienki.
- Czy ja Ci nie mówiłem, żebyś z nią nie zaczynała? - Pan Harry... No tak! Zawsze na czas! Ja pierdolę. Daj mi się nacieszyć sukcesem!
- A Ty jesteś moim ojcem? No właśnie. - Loczek przewrócił na moje słowa oczami. - A czekaj... Czemu tak się interesujesz moim konfliktem z Twoją dziewczyną?
- Bo martwię się o Ciebie. Nie chcę, żebyś miała problemy przez nią. Znam Caroline i wiem, że jest zdolna do wszystkiego... - Zaraz... Czy on się o mnie martwi? On?! Harry Styles?! Nie no, nie wierzę!
Bez słowa zmyłam się na lekcje. Nie mogłam się jednak na niczym skupić. Moje myśli krążyły wokół treningu Hope i słów Hazzy. Nialla nie było na lekcjach więc zmuszona byłam siedzieć sama. W końcu jednak przyszedł czas ostatecznego treningu przed wielkimi zawodami. Z niecierpliwością ruszyłam w stronę boiska.
- Ej! Weź kurtkę, bo zamarzniesz mi, Ty mała biała małpko! - Mała biała małpko? Callum, mógłbyś wymyślić coś lepszego... Ciemny blondyn w mgnieniu oka pojawił się obok mnie i nakrył mi ramiona ciepłą parką. - Jak Hope? Denerwuje się pewnie?
- To chyba Ty powinieneś wiedzieć. W końcu miałeś z nią lekcje. - uniosłam pytająco brew.
- Nie było jej cały czas. - wzruszył ramionami. - Nialla pewnie też, co?
- Tak... i musiałam siedzieć sama. No, miałam jeszcze możliwość siedzieć z zasmarkanym Rob'em. - skrzywiliśmy się oboje po czym zaczęliśmy się śmiać. - O nie... - burknęłam po chwili. Zayn... Nim zdołał mnie wypatrzyć schowałam się za jakimiś przystojniakami z klasy maturalnej.
- Co Ty wyrabiasz? - Callum spojrzał na mnie z rozbawieniem. - Dobra.. Mniejsza o to. Dziwne jest to, że Carli też nie było.
- Pewnie zmagała się ze swoimi odrostami. - zachichotałam.
Udaliśmy się na boisko, na trybuny. Było już na nich niemałe zbiegowisko. Jednak mi i Callumowi udało się znaleźć miejsca siedzące. Rozglądałam się nerwowo dookoła. Sama nie wiem czemu. W pewnym momencie mój towarzysz dźgnął mnie palcem w biodro.
- Ał! Czego chcesz?! - udałam poirytowaną.
- Zobacz kto do nas idzie. - Underwood wskazał lekko palcem zmierzającego ku nam chłopaka. Nie, kurwa, nie Harry! W ostatniej chwili zorientowałam się, że obok mnie jest wolne miejsce. Nim zdążyłam powiedzieć, że zajęte, Loczek już wygodnie się na nim rozsiadł. Zabijcie mnie, zanim ja sama to zrobię...

Hope

Dzisiaj. Trening. Ważny trening. Trening przed jutrzejszym meczem, który reprezentuje szkołę w trurnieju. Pff, to nic takiego dla mnie. Właśnie. Czy to normalne że trzęsą mi się ręce?..
Gdy tylko weszłyśmy z Isabellą do szkoły już czułam te emocje przed jutrem. Nie potrafiłabym się skupić na jakiekolwiek lekcji. Wszystko mnie rozpraszało, to jest silniejsze ode mnie. Na szczęście nasz trener osobiście załatwił nam zwolnienie z zajęć.
Uradowana wraz z koleżankami z zespołu szybko powędrowałyśmy do szatni. W między czasie żartując ze wszystkiego, poczułam się choć na chwilę ważna. To taki mały odskok od tej pieprzonej rzeczywistości, a raczej naszej kochanej Carli, która podtruwa mi życie od kilkunastu lat. Ugh, na samą myśl przeszły mnie ciarki. Jak ja jej nie znoszę.
Przebrana w czarne krótkie, krótkie spodenki, białą bluzkę piłkarską z małym logiem naszej szkoły oraz z własnym przydzielonym mi numerem jaką się stała szczęśliwa "7"; przykucnęłam aby zawiązać swoje niskie, czarne trampki, które dziś musiały mi posłużyć w treningu ponieważ zapomniałam właściwego obuwia z domu. Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem i wyszłam z szatni razem z grupą. Przybiłyśmy sobie piątki na szczęście i wyszłyśmy na boisko śmiejąc się z jakiejś głupoty.
Spojrzałam kątem oka na trybuny. Siedziało tam sporo osób. Zdziwiłabym się gdyby nie przyszło co najmniej połowę liceum.
Trener gestem ręki nakazał abyśmy podeszły na chwilę pod trybuny by jeszcze chwilę odpocząć przed rozgrywką. Skinęłyśmy lekko głowami i dalej uśmiechając się jak naćpane usiadłyśmy na ławcę przy trybunach. Od razu odwróciłam się w stronę siostry i pomachałam jej radośnie szczerząc się jak głupia. Zabawnie to mogło wyglądać, ale to zniewalające uczucie kiedy ktoś ci kibicuje kiedy robisz coś, co lubisz. Zaśmiałam się cicho, a Isabella posłała mi teraz mordercze spojrzenie. Zdziwiłam się i marszcząc lekko brwi spojrzałam znów na nią. Przytkałam usta dłońmi by nie wybuchnąć śmiechem i nie spaść z niskiej ławki. O Boże. Izzy siedziała między młotem a kowadłem, a właściwie to między Callumem a... Harrym.
Zaśmiałam się cicho posyłając jej rozbawione spojrzenie. Po chwili trener zagwizdał, na co nie zwróciłam najmniejszej uwagi i dalej podśmiewywałam się z sytuacji siostry. Trzymałam się za brzuch nie mogąc powstrzymać śmiechu, ale gdy po dłuższej chwili zauważyłam przerażenie Isabelli zaprzestałam jakichkolwiek ruchów. Izzy zakryła usta dłonią i mając wyszczerzone oczy patrzyła na boisko. Zadziwiające jest bardziej to, że Callum i Harry również mieli podobne miny, ale bardziej coś w stylu "co do cholery". Patrzyli niezrozumiale na boisko, wyglądali na zaskoczonych i wystraszonych jednocześnie. Ducha widzicie czy co?
Zmarszczyłam brwi i odwróciłam wzrok w tą samą stronę. Pff, przecież to tylko Caroline jest na boisku, w stroju do takim jakim my mamy i robi sobie małą rozgrzewkę.. Pff, norma..
Czekaj...
Wróć.
CO?! Zamarłam, a w moim oku pojawił się jakiś tik nerwowy. Któż sobie właśnie oglądał paznokietki po czym posłał mi "buziaka" w locie uśmiechając się złośliwie? Czułam jak czerwienię się ze złości. Te farbowane kudły, ta tapeta na twarzy, te szpony jak u sępa... Caroline. C A R O L I N E.
Spojrzałam przerażona na Izzy szukając jakiś wyjaśnień. Ta posłała mi równie wystraszone i zażenowane spojrzenie, a Callum intensywnie patrzył wrogo na Carli. Widocznie on też miał złe przeczucia. Mój rozpaczliwy wzrok powędrował na Harry'ego, a nasze spojrzenia się spotkały. Kędzierzawy podniósł lekko ręce ku górze dając mi do zrozumienia, że nie ma z tym nic wspólnego, a jego równie przerażony i zdziwiony wzrok to potwierdzał. Nie mógł kłamać, nie potrafiłby tak dobrze tego zagrać. Kręcił lekko głową niedowierzanie patrząc znów na swoją dziewczynę; podobnie jak ja i Callum, też przeczuwał że coś jest nie tak i że to może się źle skończyć. Chciałam jeszcze podejść do Izzy, ale nasz trener mi bezczelnie przerwał gwiżdżąc prawie przy uchu swoim gwizdkiem. Westchnęłam żałośnie patrząc smutno w stronę przyjaciół. To zabawne jak cały mój entuzjazm znikł niczym bańka mydlana.
Gwizdek i mecz się rozpoczął. Posłałam niepewne spojrzenie w stronę Izzy i ruszyłam na boisko, cały czas obserwując grającą z niewiadomych przyczyn Carli.
Przez to, że śledziłam każdy jej ruch - nie mogłam skupić się na grze, a piłkę zawsze ktoś mi odbierał. W końcu nadarzyła się okazja. Piłka. Łatwa piłka. Zręcznie ją przejęłam i uśmiechając się pod nosem triumfalne zaczęłam biec w stronę bramki.
Jeszcze dwadzieścia metrów... Piętnaście... Dziewięć... Cztery...
Byłam jakieś dwa metry od bramki i już prawie wybiłam piłkę, gdy nagle poczułam ostry ból w okolicach lewego piszczela i lądując boleśnie na ziemi klnęłam pod nosem. Ten ból był nie do zniesienia, zwijałam się z tego bólu, bo bolało jak cholera. Zacisnęłam zęby, ciężko oddychając. Chciałam sie rozejrzeć, ale.. sylwetki innych stały się rozmazane. A po chwili..
Nastała ciemność..


Jeżeli chcesz następny rozdział to zostaw komentarz. :)
_________________________________________________
P: Omg, co dalej? :o
Przepraszam, to przeze mnie dodanie rozdziału się przedłużyło o całe dwa dni, naprawdę przepraszam. :c
Cieszę się, że dalej śledzicie historię Izzy&Hope. Kto czeka na następny rozdział?
A teraz najważniejsze pytanie! 
Podobał wam się rozdział? <3
W: To akurat moja wina, że rozdział się spóźnił.
Jak się wam podobał rozdział? Mam nadzieję, że przypadł wam do gustu <3
Pozdrowionka xx

piątek, 2 stycznia 2015

#NewYear

3 komentarze:
Autorki BLTN życzą wszystkim czytelnikom i czytelniczkom szczęśliwego Nowego Roku!

Niech rok 2015 przyniesie wam same wspaniałe wspomnienia i niezapomniane przeżycia!

Mamy nadzieję, że tak jak w ubiegłym, 2014 roku, tak i w tym będziecie z nami śledzić losy Hope i Isabelli :)




Szablon by
InginiaXoXo